2 września 2014 - Huzar

Andy, Terry, Thomas. (napisane tydzień temu w TIRze)

 

20140821_122829

Terry

Angielski rodowitego angielskiego kierowcy. Tego się nie da zrozumieć nie będąc Anglikiem. Andy jest kierowcą, jeżeli dobrze zrozumiałem, od urodzenia. Ma sześcioro dzieci i troje wnuków. Ma na rękach i twarzy tatuaże z czasów, kiedy tatuaż nie należał do dziedziny sztuk pięknych a “dziara” jeszcze coś znaczyła. Rozmowa idzie dobrze, chociaż rozumiem może ze 20%. Nadrabiam mówiąc, opowiadając. Terry tak jak Andy, jeździ ciężarówką, ale ma “tylko” trójkę dzieci i, zdaje się, wnuczkę. Rozumiem co czwarte zdanie. Po którejś z kolei mojej odpowiedzi typu “ok….” stara się mówić bardzo wolno i wyraźnie. Rozumiem połowę. Obaj bardzo serdeczni. Z każdym z nich rozmowa schodzi na jakiś głębszy poziom, kiedy tematem są ich rodziny. Są jednocześnie i dumni, i zaniepokojeni o przyszłość, i pełni wiary w swoich bliskich, dzieci i wnuków. Obaj obawiają sie kryzysu i bezrobocia. Powiedzieliśmy sobie sto razy więcej, niż z wieloma ludźmi, których każde słowo rozumiem, ale nie czuję, o co im chodzi, co nimi kieruje. Andy i Terry są prości w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mocno ściskają mi rękę na pożegnanie, daję im po prymicyjnym obrazku ze św. Ignacym w drodze.

CANTENBURY

 

“Jestem wam bardziej niż wdzięczny za waszą dobroć i troskę.

To błahe sprawy, krótka chwila wytchnienia w Cantenbury

Otoczonym zewsząd przez morze ruchliwych wrogów.”

T. S. Eliot, “Mord w katedrze”

Słowa, które wchodząc pierwszy raz na scenę wypowiada u Eliota Thomas Becket, wracający po siedmiu latach tułaczki i prześladowań arcybiskup Cantenbury (1162 – 1170). Początkowo najbliższy przyjaciel Henryka II, człowiek, któremu król powierzył na wychowanie własnego syna a Arcybiskup, jak odnotowano, każdego dnia dawał królewiczowi więcej ojcowskiej opieki, niż Henryk przez całe życie. Król, aby utrwalić swoją przewagę w walce o władzę i pieniądze z Kościołem, w czym Becket był do pewnego momentu bardzo pomocny, mianuje go Arcybiskupem Cantenbury. Tu następuje niespodziewana zmiana. Wbrew królowi i sprzymierzonym z nim biskupom, wbrew właściwie wszystkim dookoła, Becket postanawia być wiernym Bogu i, co za tym idzie, obowiązkom biskupa. Porzuca życie światowca i postanawia być wiernym papieżowi. Oznacza to przede wszystkim konflikt z królem, odmówienie mu wsparcia w dalszych próbach przejmowania władzy na Kościołem w Anglii. Zostaje zabity podczas modlitwy w katedrze w Cantenbury przez czterech rycerzy królewskich, którzy narzekania Henryka na “kłopotliwego klechę” biorą za życzenie pozbycia się Becketa.

Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Thomasem Becketem mialem może z szesnaście lat. W Teatrze Telewizji była sztuka “Becket, czyli honor Boga”. Bohatera tytułowego grał Krzysztof Wakuliński (od tego momentu mój ulubiony aktor). Na ręku flamastrem pisałem sobie jeszcze przez kilka tygodni “HB” – honor Boga. Bardzo chciałem pamiętać to wrażenie, które miałem po sztuce. Niby cały czas przez ta postać przewijała się w moim życiu, ale nigdy dokładniej nie zapoznałem się ze św. Thomasem aż do momentu, kiedy kilka lat temu, kiedy studiowałem w Londynie, kolega mnie zawiózł mnie do Canterbury, żeby pokazać mi tamtejszą katedrę. Zwiedzając potężną świątynię niespodziewanie stanąłem w miejscu upamiętniającym śmierć Arcybiskupa. Miejsce będące poniekąd także symbolem wierności papieżowi strzegły dwie kobiety – księża z kościoła anglikańskiego (kiedyś jeszcze o tym napiszę, kontakty z angielskimi “kapłankami” to była ciekawa rzecz). Cztery miecze

20140821_130122

na pamiątkę czterech królewskich rycerzy. Człowiek, który był wierny obowiązkom swojego stanu. Tylu ludzi tworzy taką kulturę, taką atmosferę, taki system, żeby nikt nikomu nie ważył się wypominać, że nie wypełnia obowiązków swojego stanu (obowiązki kapłanów, małżonków, rodziców, uczniów, studentów, nauczycieli, przełożonych, inżynierów, lekarzy, dziennikarzy, policjantów, polityków itd.). Każdy domaga się szacunku dla własnej indywidualności, domaga się prawa do wszystkiego, zwolnienia z obowiązków i oczekiwań. Dusi się w bezskutecznych próbach ratowania swoich ambicji, aspiracji, aberracji. Thomas Becket ratował swój świat robiąc  to, co do niego należało, co nie było wyłącznie realizacją osobistych pasji i potrzeb, ale obowiązkiem stanu. Pomyślałem, że to był rzeczywiście wolny człowiek. Pomyślałem, że chciałbym odwiedzać go czasem.

Andy, Terry, św. Thomas Becket. Dobrzy ludzie mi dzisiaj towarzyszyli. Trasa: Londyn – Cantenbury – Dover. Ostatnie funty wydaję na prom do Calais. Mam jeszcze 20 euro. Św. Tomaszu Beckecie… sam wiesz…

Wpisy

Komentarze

  • Avatar cyanistes_caeruleus pisze:

    Ciekawe spojrzenie na kwestię osobistej wolności, wolności wyboru kim zamierzam być, jaki zamierzam być, jak zawsze u Ojca słowa zmuszające do myślenia i człowiek zostaje trochę potargany i się zaczyna zastanawiać, jak to jest z tym wszystkim… Lublin pozdrawia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *