8 września 2014 - Huzar

Oczy w ciemności (pisane dwa tygodnie temu w ukryciu, w krzakach pod Calais)

– Nie ma sposobu. Jest sposób, jeżeli pan ma rower lub samochód, lub ciężarówkę. Jeżeli pan nie ma rower lub samochód, lub ciężarówkę, nie ma sposobu przepłynąć z Dover do Dunkierki promem.

– A ile kosztuje?

– Jak pan ma rower, to jest 29 funtów do Dunkierki, jak pan nie ma roweru, to jest 32 funtów do Calais.

– Pani, ale czy Dunkierka nie jest dalej niż Calais!?

– Ale pan ma czy pan nie ma roweru?

– Powiedzmy, ja mam, ale zepsuty. Kupię na niego bilet, ale nie wezmę go na pokład, bo to nie robi sensu. Czy mogłaby mi Pani sprzedać mi bilet z rowerem do Dunkierki, proszę.

– Nie ma roweru, nie ma Dunkierki. Tylko Calais.

Fragment rozmowy w tłumaczeniu wolnym. Pani kasjerka w porcie w Dover zabrała dokładnie wszystkie angielskie pieniądze, jakie miałem. Niespodziewana rezerwa funtów w postaci drobniaków pozwoliła mi kupić bilet “foot passenger” do Calais (niestety, roweru nie miałem a na pomysł podłączenia się na prom do jakiegoś TIR’a jeszcze nie wpadłem). W Calais autostrada zaczyna się właściwie w porcie. Ciężarówki od razu  wjeżdżają w strefę zagrodzoną drutami i nie ma jak łapać. Jedyna droga to droga na przedmieścia francuskiego Calais. Tu, po uwerturze promowej, zaczyna się właściwa historia.

Noc na przedmieściach Calais. Nudne kilometrowe chodniki, asfalty, słabiutkie trawniki. Stada dzikich królików, jak u nas stada wron. Kilka par, kilku przechodniów zagadanych po angielsku. Zero. U młodych wyczuwam pewne zażenowanie. Mój francuski, niestety, już tylko na poziomie pytania o kierunek wyjścia z miasta. Coraz więcej trawy, coraz mniej chodników. Coraz więcej krzaków i ludzi w krzakach. Na początku nawet tego nie widziałem. Widziałem murzynów i arabów siedzących przy drodze. Po 22:00. Żadnego alkoholu. Po prostu ludzie. Siedzą, patrzą. Macham im. Niepewnie odmachują.

Coraz więcej kilkuosobowych grup arabów. “Salam alejkum”, “As salam” – czasem to brzmi życzliwie, jak zwykłe pozdrowienie, czasem jak atak. Tak jakby na Śląsku podeszło kilku i zapytało “za kim jesteś?”. “Alejkum salam” – odpowiadam niepewny, czy to właśnie tak ma być. Raz jeden z nich mnie popycha. W sumie nic wielkiego, próbuję gadać coś po francusku i to się nie klei. W Gdańsku na Oruni też spotkałbym gości, którym by się nie spodobał koleś w dziwnym stroju (moja sutanna), który nie mówi w tubylczym języku. Jakiś dżęder może, albo inny.

Docieram do stacji benzynowej na przedmieściu. Dużo TIR’ów, dużo imigrantów. TIR’y wyglądają jak  wielkie krowy – mutanty, imigranci jak stada drapieżników, które postanowiły zapolować na wielkie krowy – mutanty. TIR’y stoją równo, w rzędach. imigranci w małych grupach przypatrują im się z krzaków. Jest coraz ciemniej. Niektórzy kierowcy zasłaniają firanki w kabinach TIR’ów. Imigranci poruszają się w wysokiej trawie jak stada zwierząt. Wypatrują, węszą. Jeden staje wysoko, na palcach, rozgląda się, inni kucają w krzakach. Stawka jest wysoka – dostać się na TIR, który wjedzie na prom i przewiezie “na starej Anglii brzeg”. Tam każdego, kto postawi stopę na Brytyjskiej ziemi chroni królewskie prawo. To oznacza social, benefit, żarcie, mieszkanie, być może sprowadzenie rodziny. “Raj, którego nocą pragniesz tak, jak ja”.

Kilkadziesiąt metrów od stacji benzynowej na łące w wysokiej trawie przez jakiś czas oglądam grę imigrantów z kierowcami. Powolne podkradanie się, nasłuchiwanie, wypłaszanie przez kierowców, przyjazdy patrolów policji. Chce mi się spać, ale boję się rozłożyć namiotu. Jest jedenasta w nocy a tu się bardzo dużo dzieje. Trochę dalej jakieś krzaki wydają się dobrym miejsce na ukrycie się, na chwilę snu. Nie rozkładam namiotu. Kładę go płasko na ziemi i włażę do środka. Warstwa leżącej trawy, podłoga namiotu i rozłożony w środku śpiwór to wystarczająca izolacja. Jest w miarę ciepło. Głowę mam na zewnątrz, pod głową torbę, słucham głosów, szelestów, patrzę na gwiazdy. Może da się zasnąć, może nikt mnie tu nie wypatrzy.

Deszcz zmienia wszystko. Lać zaczyna o czwartej. W przeciągu trzech minut budzę się, zakładam buty, wrzucam do worka śpiwór i nieco zmoczony namiot, nakładam sutannę, biegnę na stację benzynową. Trzy minuty wystarczają, żebym uświadomił sobie, że przemoczenie rzeczy może oznaczać przeziębienie, które w tych warunkach, właściwie bez pieniędzy i domu nie będzie łatwym doświadczeniem. Mijam długie rządy zaparkowanych ciężarówek., Dwa razy spotykam murzynów lub arabów próbujących się jakoś dostać “na pakę”. Raz uciekają na mój widok, raz zamierają w bezruchu. I oddychają spokojnie widząc, że się nimi nie interesuję. Z kolei francuski sprzedawca bierze mnie, może z racji długiej szaty, za araba (polscy dziennikarze mówią “islamistę”). Próbuje mnie wygonić za pomocą mopa. Nie może wyjść ze zdziwienia, kiedy zamiast uciekać w popłochu zamawiam kawę i rogalika. Jakaś resztka pieniędzy, ale siedzę w ciepłym i suchym. Ciekawe ile tak posiedzę.

Kierowcy wchodzą, wychodzą. Patrzą na mnie podejrzliwie, jak na jednego z tych, którzy chcą się dostać na pokład ich pojazdów. Za takich, jeżeli władze odkryją ich obecność w ciężarówce, kierowcy płacą 2000 funtów za osobę. Może po pół godziny któryś z kierowców przy kasie próbuje porozumieć sie po angielsku. Nie idzie. Słyszę, jak mówi do siebie (cytat dosłowny): “j…ne francuzy nic nie rozumieją”. Wielka radość. Natychmiast podchodzę do człowieka. Za 24 godziny jestem w Polsce. Cztery ciężarówki. Szybkie przesiadki. Dwa razy kierowcy sami znaleźli mi przez CB innych, którzy zabrali mnie dalej. Raz stałem 20 min na wyjeździe z parkingu z kartką “Polska”. Za każdym razem, w każdej ciężarówce dobre rozmowy, poczęstunek kawą, kanapkami… Ogromna wdzięczność. Zbyszek, Krzysiek, Mariusz… Dobrze mi się z Wami jechało.

Notatki do powyższego tekstu zacząłem robić wczołgawszy się do leżącego na ziemi, nie postawionego namiotu. W głębokiej trawie, z krzakami nie było mnie widać i Bogu za to dziękowałem. Dopisywałem w ciężarówkach. Zdecydowałem się to dokończyć i umieścić na blogu, bo jeden obraz wraca do mnie od kilku. Mam przed oczami ludzi w krzakach. Oczy w ciemności. Ludzi zawieszeni miedzy światami. Przez moment mogłem poczuć się jak jeden z nich. Nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni. Przez chwilę, kiedy francuski sprzedawca zagradzał mi wejście na stację benzynową kijem od mopa. On był tutaj panem, ja nikim. Wtedy nie liczy się kim jesteś w środku. Twoja historia życia, powody, dla których się tu znalazłeś, inteligencja, wrażliwość, wykształcenie. Jutro lub za rok może zdarzyć się coś, co spowoduje, że znajdziesz się na cudzej ziemi, nie znając dobrze języka, którym przyjdzie ci mówić. Może będziesz musiał prosić kogoś o podwiezienie, o nocleg, o możliwość umycia się, o wodę.  Może to już znasz i rozumiesz. Może nie. Może widzisz przede wszystkim “samych sobie winnych”, “brudasów z wyboru”. A może wyobrażasz sobie, że powinieneś dawać po dwa złote żebrakom? Może patrzysz z góry i sądzisz “ciapatych”, “meneli”, “świrów”? I jesteś za zaostrzeniem prawa. A może uważasz, że trzeba wprowadzić modę na mieszkania socjalne? Może uważasz, że należy otworzyć granice a policja to samo zło? Może masz rację. Tak czy inaczej, myślę, że deszcz bez dachu nad głową, prośba o możliwość umycia się, żeby z małej rany nie zrobiło się zakażenie, kawa i kanapka od kierowcy TIR’a, to wszystko zmienia perspektywę.

Perspektywa:

  1. trójwymiarowość przedmiotów przedstawionych na płaszczyźnie zgodnie z prawami widzenia;

  2. rozległy widok jakiegoś krajobrazu; panorama;

  3. odległość w czasie potrzebna do właściwego ocenienia jakichś zjawisk

Wpisy

Komentarze

  • Gośka napisał(a):

    Kiedyś wracając do domu, znalazłam się w szczerym polu, obok drogi szybkiego ruchu, bo poprzedni kierowca nie znał okolicy i pomylił wylotówki. Bez namiotu, bez jakiejkolwiek karimaty, jedynie plecak, śpiwór i kolega, który nie miałam pojęcia co myśli, bo komunikacja nie wychodziła nam najlepiej. Robiło się ciemno, a ja już trzęsłam się, sama nie wiem, czy bardziej ze strachu, czy z zimna. Samochody przestały jeździć, bo była niedziela.
    Po długich minutach machania zatrzymał się TIR, przewożący świnie. Cała sytuacja była jakaś surrealistyczna – w środku niesamowity smród, a całe wnętrze samochodu świeciło się jak choinka w Boże Narodzenie, do tego wisiał baldachim nad miejscem kierowcy do spania i jaskrawe firanki po bokach. Pan z dziwną gwarą nawoływał innych kierowców przez radio i wtedy pomyślałam, że to się dzieje – będę dziś w domu. Następni kierowcy mówili, że pachniemy ogniskiem, a my tylko ładnie uśmiechaliśmy się.

    Wcześniej tłukąc się na Mazury mieliśmy ‘combo’ stopów po kolei: chłopak, który jakiś czas temu odszedł z seminarium, bus niepolskojęzycznych misjonarzy, i na koniec banda młodzieży w samochodzie, do którego ledwie się wcisnęliśmy, bo połowę miejsca zajmował wielki głośnik, z którego wydobywała się techno wersja hitu “GDZIE JEST KRZYŻ? GDZIE JEST KRZYŻ?”.
    To był wesoły dzień 🙂

    • Huzar Huzar napisał(a):

      No, tak jest, nawet nie chodzi o jakieś zagrożenie życia, wystarczy poczucie, że zupełnie nie wiesz, co z tobą będzie, co zrobić. Pamięta się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *