3 lutego 2015 - Huzar

Do medytacji. 4. Rozmyślanie

Dochodzimy do sedna sprawy. I tu chyba najtrudniej coś pisać. Mam tekst Pisma Świętego, mam punkta, mam swoje miejsce i trochę czasu, zrobiłem wszystko, co nazywa się przygotowaniem bliższym i co jest dosyć oczywiste. Mam też siebie i wiarę, niekoniecznie jakieś mocne poczucie, ale przynajmniej założenie, że Bóg jest ze mną, w jakiś sposób odbiera moje myśli, może także coś mi przekazać. Co dalej? Zaczyna się to, co w medytacji jest najtrudniejsze i najfajniejsze – podróż. Od tego momentu medytacja to właściwie pełna wolność. Każdy robi to tak, jak sam zdecyduje i jak go Bóg poprowadzi. Z latami każdy kto medytuje, wyrabia sobie własne sposoby. Mogę więc pisać sam za siebie, ale mogę też odwołać się do doświadczeń, którymi od lat dzielą się ze mną inni.

4.     Rozmyślanie

Modlitwa przygotowawcza i oba wprowadzenia zajmują mi zwykle ok. 10 min., czasem mniej, czasem trochę więcej. Nikt mi nigdy nie mówił o tym, ile powinny trwać, wydaje mi się, że tak jest dobrze. W tym miejscu zaczyna się coś, co sam przeżywam inaczej niż przygotowanie.

Osobiście staram się być bardzo blisko tekstu Pisma Świętego, ale zwracam też uwagę na wszystkie punkty, staram się zatrzymać nad każdym z nich. Zależy od dnia i formy, czasem od razu widzę, że będzie dużo rozproszeń, zmęczenie itp. Zdarza się, że już w czasie przygotowania coś mnie wciąga i medytacja od początku bardzo angażuje. Moja prywatna metoda to nastawianie bardzo delikatnego sygnału timera na 15 min. Nawet jeżeli zupełnie się rozproszę czy zasnę, to wyłączenie timera daje możliwość „poprawy”, mobilizacji, zmiany pozycji ciała, powrotu do medytacji. Robię zwykle trzy takie 15-minutowe „rundy”.

Każda medytacja, którą odczuwa się jako udaną (owocne bywają także te, po których ma się wrażenie, że nie udały się) przebiega inaczej i chyba nie ma lepszego sposobu napisania czegoś o samym rozmyślaniu, niż odniesienie się do najbardziej charakterystycznych trudności w medytacji. Przypominam, największe trudności to nie trudności podczas samego rozmyślania, ale trudności związane z zabraniem się do niego. Tym niemniej ‒ jest tu sprzężenie zwrotne ‒ kto podczas wielu kolejnych medytacji doświadcza na przykład rozproszeń albo senności, temu trudniej jest kolejny raz zabrać się za medytację. Dlatego warto przyjrzeć się temu, co najczęściej przeszkadza w samym rozmyślaniu: brakowi poruszeń, rozproszeniom i zasypianiu.

4.1. Brak poruszeń

Jest kilka charakterystycznych rzeczy, które mogą się dziać. Zacznę od mniej „przyjemnych”. Czasem i punkta, i fragment Biblii wydają się po prostu jak betonowa ściana. Tekst wydaje się w ogóle nic nie wnosić, żaden wątek nie porusza i nie pociąga za sobą żadnej refleksji. Wydaje się wręcz, że odrywając się od medytacji osiągamy normalny stan świadomości, a wracając do niej wpadamy na nowo w osobliwe otępienie, „zamulamy”. Jeżeli to trwa dłużej, staje się nieznośne. Przychodzi pomysł, że dzisiaj medytacja chyba się nie uda i nie warto tego ciągnąć. Łatwo się wtedy zgodzić na rozproszenia, łatwo coraz wygodniej się rozsiadać, aż sen przyniesie wyzwolenie z niewygody. Czasem zdarza mi się temu ulegać, mogę jednak powiedzieć, że mam dwie własne metody: dzięcioła i radar.

 Dzięcioł jak to dzięcioł, wielokrotnie i cierpliwie wali dziobem w jedno miejsce, nie odpuszcza od razu, ale wbija się pod powierzchnię kory. W medytacji podobnie, można wielokrotnie powracać do jakiegoś zdania, słowa, zabierać się do niego pod różnymi kątami, z różnych stron. I może, choć nie musi, nastąpić moment, na który się czeka, moment, w którym już nie trzeba się starać, moment, w którym człowiek czuje się jak w samolocie, który wylatuje ponad chmury i nagle pokazuje się niebo, i słońce, i już nie chce się spać, tylko się patrzy, i patrzy, i widzi coś, czego fenomenalności nie można wytłumaczyć komuś, kto tego nie przeżył, bo jak tu wytłumaczyć, że jest coś takiego w widoku niebieskiego nieba i słońca ponad chmurami, że tego nie da rady zobaczyć i przeżyć na powierzchni ziemi, nawet jeżeli niebo i słońce są te same…

Oczywiście, celem medytacji wcale nie jest przeżywanie takich momentów, tylko słynna metanoia, przemiana sposobu życia, miłość wyrażająca się w działaniu. A jednak pięknym i pamiętnym dodatkiem jest takie przeżycie.

 Radar. Tak jak dzięcioł to powtarzający się powrót do jednego miejsca, tak radar jest uważnym przeglądem wszystkich miejsc, na które wskazuje fragment Pisma Świętego i punkta. Wiązka radaru raz po raz omiata całą dostępną perspektywę, raz na jakiś czas pojawia się jakiś punkt, któremu trzeba się lepiej przyjrzeć. Podobnie można powolutku raz po razie czytać to, nad czym medytujemy.

 

4.2. Rozproszenia

Mniej nieprzyjemne od otępienia, ale podobne jeżeli chodzi o konsekwencje, są rozkojarzenia czy rozproszenia (jak zwał tak zwał). Właśnie dlatego, że nie są nieprzyjemne, chętniej się na nie zgadzamy i zaczynamy rozmyślać o różnych sprawach, oddalając się od tematu medytacji. Zwłaszcza jeżeli medytuje się nie podczas rekolekcji, kiedy jest jednak większe ciśnienie na to, żeby nie poddawać się. Rozproszenia mogą dotyczyć rożnych spraw. Najbardziej kuszące są te, kiedy przypominamy sobie, że mieliśmy zrobić coś niesamowicie ważnego, o czym zapomnieliśmy, i te, kiedy przychodzi nam do głowy świetny pomysł. Osobiście czuję się bezsilny wobec takich rozproszeń. Daleko mi pewnie do mistrzów, dlatego moje nieuporządkowane przywiązania omijam w ten sposób, że pozwalam sobie jednym słowem zapisać taką niezałatwioną sprawę lub genialny pomysł i obiecuję sobie, że na pewno wrócę do tego po medytacji. Czasem działa, a czasem nie bardzo. Inną rzeczą, która przydaje się właśnie w takim momencie, jest powrót do wyobrażenia z wprowadzenia pierwszego. Jeszcze inny sposób, który czasem działa, to całkowite skupienie się na oddechu. Bardzo powoli wdychać powietrze i czuć, jak dotyka dziurek od nosa, przy następnym wdechu postarać się poczuć, jak dociera głęboko do jamy nosowej, dalej, do gardła, spróbować poczuć je w krtani, uświadomić sobie ruch płuc… Nie chodzi o żadne dziwne energie, tylko o skupienie się na samym doświadczaniu czegoś bardzo prostego – oddechu. Po kilku czy kilkunastu takich świadomych wdechach i wydechach można z powodzeniem wrócić do tematu rozważania. Ale i tak pozostaje faktem, że rozproszenia przychodzą, powracają, niekiedy na dłuższy czas skupiają na sobie uwagę i nie należy się tym nadmiernie przejmować. Tak jak młodocianemu koszykarzowi, który zbytnio przejmuje się niecelnymi strzałami, trudno będzie wyrobić sobie „cela”, tak osobie, która pielęgnuje w sobie niezadowolenie z powodu niedoskonałości w medytacji trudno o wzrost duchowy.

Szczególnym rodzajem rozproszeń jest zajęcie się czymś innym niż medytacja. Stałą pokusą, mimo całej swojej banalności, jest dla mnie świeczka, którą zapalam, zaczynając medytację. Zaczynam czasem przelewać wosk, patrzeć na to, kiedy płomień pali się jaśniej, kiedy przygasa… Pewna dziewczyna w takich momentach pozwalała sobie na robienie herbaty. Po dwóch miesiącach, mając już ochotę odejść z grupy medytacyjnej, odkryła banalną prawdę, że z walki o owoce medytacji rezygnowała na rzecz owocowej herbaty. Ktoś inny przypomina sobie rzeczy, które miał do zrobienia i zabiera się za ich zapisywanie, ktoś inny układa wiersze, bazgroli, itp. Z czasem zauważamy, że zdolność skupienia ma pewien związek z tym, jak odpoczywamy, jak się odżywiamy, czy mamy wystarczająco wiele ruchu fizycznego, czy dobrze śpimy itd. Jednym z błogosławieństw wypływających z regularnego robienia medytacji może być dążenie do uporządkowania życia, do obalenia dyktatury pilnych spraw, których niby nie można odłożyć nawet na 15 min. na rzecz modlitwy, a które jednak odkłada się na dni i tygodnie na rzecz „pożeraczy czasu” – obecnie często Internetu. Innym bardzo dobrym sposobem na rozproszenia jest robienie medytacji w miejscu, w którym nie ma możliwości zajmowania się innymi rzeczami – w kościele, kaplicy i innych tego typu miejscach. Znów ‒ zły duch zawsze będzie kusił do szukania większej wygody, ale osobom pragnącym iść na spotkanie z Jezusem prostą drogą bardzo to polecam.

4.3. Zasypianie

Szybko zniechęcają się do medytacji ci, którzy podczas niej często zasypiają. Sam wiele razy zarzucałem z tego powodu systematyczną medytację, aby dopiero po dłuższym okresie do niej powracać. Pierwsza, moim zdaniem, metoda to zupełnie zrezygnować z patrzenia na to z poczuciem winy, zniechęceniem czy złością na siebie. Warto przyglądać się zasypianiu z ciekawością lekarza, który pragnie pomóc pacjentowi cierpiącemu na dziwną dolegliwość.

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” – mówi Jezus (Mt 11:28). W dzisiejszych czasach jesteśmy utrudzeni i obciążeni inaczej niż przed wiekami. Zagraża nam może mniej śmiertelnych niebezpieczeństw, na drogach nie ma zbójców, mało kto cierpi głód, nie płoną całe miasta, a wizyta u dentysty mocno rożni się dzisiaj od tego, przez co przechodzili nasi przodkowie. Ale płacimy za to wielką presją. Od piątego czy szóstego roku życia musimy pracować więcej i szybciej, mamy mało czasu na prawdziwy wypoczynek, jesteśmy bardziej zestresowani i przemęczeni. Więc zasypiamy. W chwili, w której wyłącza się ciśnienie związane z pracą, z ekscytującymi treściami w telewizji czy Internecie, ze sportem, spotkaniami towarzyskimi, kiedy tylko pojawia się spokój, wyciszenie i czasem też może trochę pustki, umysł reaguje sennością. To normalne, ale poddanie się temu naturalnemu odruchowi tym razem działa na naszą niekorzyść, bo zyskując małą porcję odpoczynku, tracimy możliwość przeżycia poruszenia, którego może w nas dokonać Słowo Boże i Duch Święty, poruszenia, które daje więcej pokrzepienia i siły niż chwila snu.

Jest kilka rzeczy, które mogą pomagać w czuwaniu i zachowaniu uwagi. Pierwsza to pozycja ciała. Nie trzeba żadnej jogi żeby odkryć, że utrzymywanie prostego kręgosłupa pomaga w zachowaniu świadomości. Ludziom przyzwyczajonym do automatycznego, nieuświadomionego nawet poszukiwania wygody siedzenie z prostym kręgosłupem wydaje się na początku sztuczne, przecież plecy naturalnie poszukują oparcia! Kiedy pewnego razu podejrzałem, jak modli się moja Mama, zdziwiłem się bardzo, że siedzi na łóżku po turecku z wyprostowanym kręgosłupem. Zapytałem ją, gdzie wyczytała o takiej pozycji. Powiedziała, że nigdzie, że tak po prostu lepiej się modli. Mimo, że wcześniej wielokrotnie słyszałem o roli pozycji ciała na modlitwie, dopiero wtedy zacząłem próbować medytować, prostując kręgosłup. Na początku czułem się jak aktor, który próbuje zagrać Buddę. Te skojarzenia bardzo mi przeszkadzały w poczuciu bezpośredniego, prostego bycia przed Bogiem. Na szczęście jednak zaufałem doświadczeniu mojej Mamy i myślę, że wiele owoców medytacji zawdzięczam właśnie temu, że przyzwyczaiłem się do tej pozycji, wydaje mi się obecnie dosyć naturalna.

Pozycja ciała związana jest także z miejscem, w którym siedzimy. Już o tym pisałem, więc nie będę się rozwodził. Przypomnę tylko, że o wiele łatwiej medytować, siedząc na czymś, co nie kusi możliwością wygodnego „rozłożenia się”.

Oczywistą sprawą jest to, że duże znaczenie dla trzeźwości naszego umysłu ma pora medytacji. Znam ludzi bardzo przywiązanych do późnego chodzenia spać. Mówią, że są sowami. Sam tak myślałem i mówiłem przez większość mojego życia. Cały dzień robiłem to, co narzucała mi szkoła, studia, obowiązki, terminy, a dopiero wieczorem mogłem w pełni poczuć się sobą, zająć się tym, czym chciałem. Stopniowo więc coraz później chodziłem spać, powiększając „przestrzeń wolności”. Ale ta przestrzeń nie nadawała się zupełnie do medytacji. Ona nadawała się do łażenia po Internecie, można było iść do kina albo na piwo, można było czytać wciągającą książkę albo gadać z kimś. Ale zabierając się za medytację, niemal natychmiast robiłem się senny. Zresztą sam pomysł robienia medytacji był o tej porze odpychający. Chodzenie spać późno powodowało, że przed południem byłem rozespany. W pośpiechu, w ostatniej chwili wstawałem na jakieś zajęcia. Po południu próbowałem coś załatwić, nadrabiałem jakieś zaległości, czekając podświadomie na „mój” wieczór. Niby planowałem wieczorem jakąś naukę, coś tam, ale tak czy inaczej kończyło się na wirtualnych lub realnych włóczęgach bez celu. Przestawienie się na wcześniejsze spanie i wcześniejsze wstawanie nie było łatwe. Właściwie nie zdecydowałem się na to sam, zmusiły mnie do tego okoliczności, ale po czasie zobaczyłem, że właśnie dzięki temu rano lub przed południem w moim planie dnia pojawiło się miejsce na modlitwę i medytację. W końcu mogłem całkiem długo siedzieć bez zasypiania.

Przemeblowanie planu dnia, zmiana nawyków życiowych to jeden z najważniejszych owoców medytacji. Sam fakt, że nie jest się w stanie medytować z powodu ciągłego zasypiania, pokazuje ważną rzecz – może uświadomić, że należy się do grupy ludzi żyjących „nieekologicznie”, wbrew naturze. Można prowadzić takie „życie na dopalaczach” – kawie, ciągle goniących obowiązkach, migających w Internecie obrazkach. Nazywam to „3P”: pośpiech, panika, podniecenie. Na co dzień spotykam wielu ludzi, którzy uważają, że nie jest możliwe, żeby zaczęli żyć inaczej. Poza klinicznie potwierdzoną szkodliwością, chorobami serca i układu nerwowego życie na wysokim poziomie 3P prowadzi do stopniowego znieczulenia duchowego. To choroba zombie, na której łagodną formę cierpimy wszyscy. Człowiek całą swoją uwagę kieruje na pewne obszary swojego życia, pozostawiając inne nieuświadomione. Stajemy się na przykład bardzo wrażliwi na punkcie własnych osiągnięć i porażek, mocno przeżywając rzeczy, które w rzeczywistości mają minimalny wpływ na nasze życie. Pewien ambitny student zawsze odkładał w czasie pisanie wszelkich pracy zaliczeniowych sparaliżowany wymaganiami, jakie stawiał sobie w nadziei, że dobrze wypadnie w oczach oceniającego. Nie widział tymczasem, co się dzieje z jego kolegą z pokoju, który pogrążał się w depresji. Dla osoby oceniającej ambitnego studenta każda jego praca była najprawdopodobniej jedną z setek prac, które sprawdza. Zresztą sam oceniający prawdopodobnie nie łapałby się do pierwszej setki osób, które mogą mieć jakiś wpływ na przyszłość studenta. Kolega ambitnego studenta popełnił samobójstwo. Ta historia nie tylko jest autentyczna, ona jest hiperprawdziwa, bo powtarza się tysiące razy w różnych wariantach. Student czy ojciec, nauczyciel, koleżanka, sąsiadka… Koledzy, żebracy, współpracownicy, pielęgniarki, politycy… To, co istotne w naszym życiu umyka uwadze zajętych, zaniepokojonych zagrożeniem, podnieconych okazjami. To życie wiedzie w kierunku przeciwnym niż ten, w którym Bóg zwraca ludzi znajdujących miejsce i czas na medytację.

Oj, sporo w tym odcinku wyszło. I nie wiem w sumie, czy dopisać do tego jakieś zakończenie, czy na tym poprzestać. Jeżeli ktoś przeczytał cykl do tego momentu, to proszę, dajcie znać, czy dobrze byłoby jeszcze o czymś napisać.

.

ForMac(ja) / Punkta

Komentarze

  • Anna Daniewicz pisze:

    Szczęść Boże,
    Ojcze, bardzo dziękuję, za cykl artykułów o medytacji. Dzięki nim zaczęłam spotykać się z Bogiem na medytacji. Wczoraj rozpoczęłam i jako nowicjusz mogę powiedzieć, że to co było dla mnie problematyczne, to bałam się, że „przegadam” w myślach całą medytację, jakoś nie mogłam otworzyć się na słuchanie i trwanie; po drugie wpadałam czasami w modlitwę tradycyjną, prośby do Boga; po trzecie nie mogłam się oprzeć, żeby nie kontrolować czasu. Tak było wczoraj, dzisiaj natomiast, prześladowały mnie rozproszenia dotyczące różnych „ważnych” spraw, które były jeszcze przede mną. To problemy, ale są także radości! Zaczęłam rozumieć pewne kwestie mojego życia i widzieć je w innym świetle niż dotychczas. Serdecznie pozdrawiam!

    • Huzar Huzar pisze:

      Oglądamy filmy albo czytamy książki i wyrabiamy sobie wyobrażenie, czym jest medytacja. Widzimy pogrążonych w spokoju mnichów, delikatne uśmiechy zanurzonych w Bogu świętych kobiet… Duch Święty wydaje się nieść ich tak, jak wiatr niesie szybujące ptaki. I też tak chcemy.
      Podobnie niektórzy chłopcy oglądają mecze NBA a dziewczynki podziwiają urok piosenkarek i też tak chcą. Chłopcy próbują kozłować piłkę między nogami i obniżają jak się da kosz, żeby “zapakować”, dziewczynki śpiewają z braku mikrofonu do łyżeczki albo dezodorantu wyginając się “seksownie” na wszystkie strony…
      Siadamy i zaczynamy medytację mając umysł wstrząśnięty i zmieszany oczekiwaniami wobec tego, jak ona powinna wyglądać. Wtedy przychodzi pustka, nuda, myśli o tym, czego zapomniałem zrobić. Większość ludzi po takich doświadczeniach porzuca drogę medytacji tak jak chłopcy porzucają po kilku słabszych meczach marzenia o wielkiej koszykówce.
      Niektórzy jednak zostają. Powracają do praktyki, nabierają cierpliwości, oparte na fantazji marzenie zmienia się w spokojne i szerokie jak Wisła w Toruniu pragnienie Boga. I tyle 🙂
      Bardzo pozdrawiam i dziękuję!

  • Ania pisze:

    Szczęść Boże, piszę, bo robimy w Deesis teraz taki mały cykl o medytacji od strony technicznej i bazujemy na Ojca wpisach. Dziękuję w imieniu całej wspólnoty za te komentarze. Część za nas jest teraz na rekolekcjach w życiu codziennym. Przypominamy sobie podstawy i teorię, ale i ostro praktykujemy. Na razie minęło trzy dni, więc zobaczymy, co będzie pod koniec. Osobiście uważam komentarze za bardzo życiowe i pożyteczne. Dziękujemy raz jeszcze, miło wspominamy i pozdrawiamy! :))

Pozostaw odpowiedź Anna Daniewicz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *