12 lutego 2015 - Huzar

Jem marchewkę w tłusty czwartek. Wpis osobisty

Zobaczyłem kilka dni temu na wadze cyfrę, która skojarzyła mi się z najsłynniejszym polskim czołgiem. Nie chcę być jak najsłynniejszy polski czołg. Jem marchewkę.

Dwa lata temu na wakacje tak zrobiłem. Zadzwoniłem do Mamy (dr med.) i mówię: „Mama, co robić?”. A Mama mówi: „to zrób sobie dietę owocowo-warzywną, najłatwiejsza w zastosowaniu, małe ryzyko, że zaszkodzi”. To zrobiłem. Przez półtorej miesiąca bardzo fajnie było, ale potem przegiąłem z bieganiem, postanowiłem przebiec dookoła jednego jeziora, które wydawało się nieduże, ale nie było nieduże. Kilka miesięcy kontuzji rozluźnia samodyscyplinę także w kwestii jedzenia. I tak powolutku, jak to się mówi „ziarnko do ziarnka” i zbierze się czołg. To jem marchewkę, Od trzech dni. Inne jarzyny też i trochę owoców.

Na razie jestem na siebie trochę zły, z powodu wagi trochę, ale zwłaszcza za sprawą różnych nieprzyjemnych objawów nadciśnienia (niewielkiego! bez paniki!). Mówię do siebie: „To przez ciebie. Huzar Huzarowi zgotował ten los”. W związku z tym każdą sałatkę, każdą odmowę czekoladki albo piwa, każde nienawistne spojrzenie na karkóweczkę, dzisiaj szczególnie wewnętrzny sprzeciw wobec pączków, odczuwam z wielką przyjemnością. W mojej małej mitomanii widzę siebie z tą marchewką tak, jakbym był ułanem ruszającym z lancą na czołg. Albo Johnem Connorem niszczącym Terminatory. „Zniszczę was, pączki, i wasze podstępne knowania w nicość obrócę”. Delicious.

Siedzę dzisiaj na śniadaniu z Kruchym. Kruchy jest pakerem, a do tego intelektualistą, co daje wyjątkową mieszankę głębokiej autorefleksji z płytko zwykle postrzeganym przez społeczeństwo fenomenem pakowania. No, więc siedzę z Kruchym, on je swoje białka jakieś i węglowodany wyliczone, a ja marchewkę, pomidorka z oliwą i trochę twarożku. I rozmawiamy, jak to normalnie jezuici przy śniadaniu, o ascezie, modlitwie, samodyscyplinie, pracy apostolskiej, immanencji i transcendencji Boga. Ale dzisiaj szczególnie o jedzeniu marchewki. Kruchy jako człowiek doświadczony w boju twierdzi, że to tak jest, że najbardziej po czasie cieszymy się i największy zysk widzimy z tych rzeczy, za które bierzemy się z największym wysiłkiem. „Krzyż”, jak o tym mówił Pan Jezus. Ja z kolei, mniej doświadczony w ponurej praktyce ascetycznej, za którą uważam siłownię, odpowiadam, że żeby coś kontynuować, to jednak trzeba w jakiś sposób to polubić . Kruchy jest dzisiaj wyjątkowo w nastroju pojednawczym i daje taki przykład, że wychodzi, że obaj możemy mieć trochę racji; mówi, że on lubi czytać, nie może żyć bez czytania tak jak bez siłowni, ale wie, że czytanie przynosi mu mało korzyści, jeżeli nie robi sobie notatek. Wszystko zapomina, jak tylko wciąga się w następną książkę (książki przeczytanego przez Kruchego ważą tyle, co przewalone przez niego na siłowni żelastwo). A notatek nie za bardzo lubi robić, bo musi odrywać się od czytania. Także nieprzyjemne (notowanie) łączy z mało pożytecznym (czytanie) i bardzo dobrze na tym wychodzi.

Nie wiem, z czym mam połączyć marchewki, pomidorki, jabłka, żeby mniej było tej przyjemności, którą dotychczas mam, zwłaszcza na myśl, że za jakiś czas będę ważył 85 kilo, będę skakał jak gazela i w ogóle nie będzie mi szumiało w uszach. Jakoś się tak zrobiło, że za tą dietę zabrałem się zupełnie bez bólu, chociaż rzeczywiście, bardzo długo nie mogłem się zebrać. Taki Kairos, łaska taka Boża nadprzyrodzona czy przyrodzona, wszystko jedno. Jem marchewkę w tłusty czwartek.

Wpisy

Komentarze

  • senninha pisze:

    Prędzej czy później, w każdej diecie przyjemność zniknie i zostanie tylko trudność i wysiłek, zwłaszcza, jeżeli jest to dieta w stylu “owoce i warzywa”, “bez słodyczy”, “bez chleba i makaronów”. Kiedyś słyszałam, że dobra dieta to taka, którą utrzymuje się do końca życia, więc polegająca na zmianie nawyków żywieniowych, ale bez drastycznego ograniczania konkretnych pokarmów. Wszystko jest dozwolone, byle w sensownej ilości. Bo najgorsze są diety, gdy człowiek przez określony czas “spina się” i ogranicza, a po jej skończeniu w nagrodę idzie na hamburgera i frytki (jakieś 15 razy z rzędu) 😉

    Pozdrawiam z Lublina 😉

  • Serafin pisze:

    ah to “każde nienawistne spojrzenie na karkóweczkę”..!! ale się uśmiałam! 🙂 świetny wpis. łączę się w wewnętrznym sprzeciwie wobec pączków. A na wiosnę osiemdziesiątki piątki życzę!

    • Huzar Huzar pisze:

      No, ja tu tylko o Mamie wspomniałem a Ty też wtedy moim guru byłaś (moją gurą? jest jakaś dżęderowa forma?)

  • Krzysiek pisze:

    A mi kurna wszystkie wykupili… I też poszczę… I chyba sięgnę po marchewkę, bo ta na dnie lodówki jeszcze jest

  • Magda pisze:

    A ja (spod) Lublina zawiadamiam, że w podlubelskich okolicach zaczęłam praktykować bieganie i działa, a ile pozytywnej energii i lepszego nastawienia do świata daje! Tylko muszę uważać, żeby się nie przebiegać, bo kilka miesięcy przestoju, to nie ma mowy, bo jakieś spacery od marca ruszają po raz kolejny :))

  • Kruchy pisze:

    Stałych czytelników tegoż bloga może wprawić w zdumienie fakt następujący, iż marchewka i pączek stają się przyczynkiem do rozmów niebanalnych. Proszę sobie wyobrazić jaki może być efekt spotkania przy kilku workach jęczmienia u Olbrachta 🙂
    Pewnie prędzej czy później i o tym się dowiecie.

  • Perełka pisze:

    Niebanalni Ludzie potrafią prozaiczne rzeczy wykorzystać do czegoś twórczego! Gratacje Ojcze i dzięki za inspirujące wpisy! Pozdrowionka:-)

  • synOjca pisze:

    Ojcze, kibicuję ojcu w tych duchowo-psychiczno-fizycznych walkach:-)

    PS. Podobno bardzo warto łączyć dietę z ruchem, a skoro ojciec wspominał, że na razie nie może biegać, to ja polecam po prostu chodzenie. Jest taka starożytna;-) zasada, że 10 tysięcy kroków dziennie to dobry FUNDAMENT. Ja również staram się pracować nad wagą i muszę przyznać, że chociaż to chodzenie wydaje się takie banalne i mało znaczące to jednak działa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *