8 lutego 2015 - Huzar

Zamiast kazania… EXPEXO

EXPEXO to nazwa jednego z nielicznych istniejących w rzeczywistości statków międzygalaktycznych.

EXPEXO to nazwa trwającego od lat tajnego eksperymentu.

EXPEXO to nazwa zapomnianej prawie wyprawy, do której przyłącza się dzisiaj coraz więcej osób kontynuujących razem i osobno historię Księgi Wyjścia.

Co?!?

Już tłumaczę. Wiele lat temu, w nowicjacie jezuitów dowiedziałem się, że formacja zaprojektowana przez Ignacego Loyolę opiera się na „próbach” (łac. „experimenta”). Pierwsze „experimenta” to wielkie rekolekcje, czyli miesiąc modlitwy i milczenia, dalej, próba szpitalna, w moim przypadku miesiąc pracy na onkologii w charakterze salowego, próba pielgrzymia, kilkunastodniowa piesza wyprawa, w której idąc po dwóch lub trzech bez pieniędzy, staraliśmy się dotrzeć do wyznaczonego celu – do Świętej Lipki na Mazurach. Takich eksperymentów było wiele. Doświadczenia „out of comfort zone”, jak mówią o tym amerykańscy jezuici. Stąd EXP…

Jest jeszcze jedno EXP… Lata studiów filozoficznych i teatrologii w Krakowie. Jako młodzianek bardzo ambitny i dosyć lękliwy rozstrojem nerwów i żołądka płaciłem za każde zaliczenie czy egzamin. Każde pisanie pracy, recenzji, czegokolwiek na studiach było męką, od której, mimo wszystkich dobrych chęci umysł próbował uciec, miotając się w krainach fantazji i gier komputerowych. Wpadałem też w ciągi składania przypadkowych wizyt, przyrządzania sobie ostrego jedzenia itp. Pragnąc podejmować walkę i odnosić zwycięstwa, ciągle znajdowałem kryjówki chroniące przed poczuciem niewygody, które nieodłącznie towarzyszyło pracy. Wtedy, po pierwszym na UJ-cie i niezdanym w najgłupszy sposób egzaminie (nie zacząłem odpowiadać na pytania, bo wydawało mi się, że wiem za mało, żeby się nie skompromitować), odkryłem, że kiedy jestem zmuszony do uczenia się poza domem (czytelnie, biblioteki, nawet przypadkowe miejsca), nie mam problemów z rozpraszaniem się. Nie widząc innego sposobu na zaliczanie studiów, zacząłem sam się zmuszać do takich wypraw. Nienawidząc opuszczania mojego wygodnego świata, ruszałem w takie wyprawy. Na siłę ekspediowałem się na godziny i dni po to, żeby pracować nad czymś. I choć wtedy nie miałem jeszcze pojęcia o zasadach zarządzania czasem i zdrowej pracy, to te ekspedycje pozwalały mi kończyć to, co miałem do skończenia. Eksperyment, ekspedycja, czy jak by to jeszcze nazwać… Stało się to moim sposobem na rozpoczynanie zadań, których pożytek był dla mnie oczywisty, a za które nie umiałem się zabrać pozostając w mojej „comfort zone”. EXP.

Jednak sam sposób to nie wszystko. Nie wystarczy nauczyć się, jak przestawiać nogi, żeby rozpocząć jakąś sensowną wyprawę. Potrzebny jest jeszcze cel, nadrzędny, główny cel. A główny cel jest zawsze niejasny. Młody pasjonat gór może w marzeniach mówić sobie: „Korona Himalajów i Karakorum”, ale choć nie ma nic bardziej wymiernego niż te czternaście azjatyckich ośmiotysięczników, to jego główny cel jest czymś więcej niż stanięciem na ich szczytach. Jest czymś więcej nawet niż ich zdobywanie. Sprecyzowany, wymierny, określony zgodnie z zasadami SMART cel jest zawsze albo celem pośrednim, krokiem do czegoś większego i ważniejszego, albo tylko banałem, naśladownictwem, modą. Zdrowe, pełne pragnień serce szuka celu, którego wizja to collage znanych elementów, ale także silna, choć trudna do określenia tęsknota za jakimś większym dobrem, pięknem, doświadczeniem i poznaniem czegoś. Serce zranione czy chore nie potrafi uchwycić własnych pragnień, ale może mieć zamiast tego wyraźne poczucie „mam dość”, „chcę inaczej niż teraz”. I takie pragnienie też może zbliżać do uchwycenia kierunku, do skierowania się ku właściwemu celowi.

Kończąc studia w Krakowie i przenosząc się do Warszawy, zgubiłem nadrzędny cel. Pamiętałem słowa, w których się kiedyś zawierał, ale te słowa były teraz puste. Pozostał tylko bat powszedni – konieczność pracy i stary nawyk ucieczki w fantazje, dla których najlepszą pożywką był rozwijający się Internet i gry. Zarzuciłem moje wyprawy. Nie było po co pakować się i wychodzić. W tamtym kryzysie przy różnych okazjach przychodziły do mnie fragmenty Księgi Wyjścia. Zacząłem zwracać na nie uwagę, odnajdując w tej Księdze uniwersalną opowieść o wyprawie w poszukiwaniu nadrzędnego celu. „Ziemia Obiecana” dla niewolników. Konkretne, zmysłowe wspomnienie „mleka i miodu” wyobraźnia biedaków podniosła do potęgi, tworząc uskrzydlające marzenie o radości, bezpieczeństwie i pokoju. Ale dla ludu o wyniszczonych niewolnictwem sercach bardziej niż marzenia liczyć musiało się, tak silne we mnie w tamtym czasie, poczucie „mam dość”. Nie przypadkiem i dzisiaj Dekalog zaczynamy od przypomnienia Boga, który nie „wprowadza do ziemi miodem i mlekiem płynącej”, ale „wyrwał z ziemi Egiptu, z domu niewoli”. Dla chrześcijan jest zrozumiałe, że „Ziemia Obiecana”, „Królestwo Boże”, czy „Życie Wieczne”, cel nadrzędny, to istnienie i działanie w zjednoczeniu z Bogiem (kiedy indziej konieczne będzie napisanie o tym, jaka jest Droga i jaka Prawda prowadzi do tego Życia). Czy i na ile to jest możliwe teraz, a na ile dopiero po śmierci, to sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest usłyszenie własnego „mam dość”, uchwycenie, czym jest „ziemia Egiptu, dom niewoli” i pozwolenie na to, aby z czasem dotarło do mnie to niejasne, ale mocne pragnienie „Ziemi Obiecanej”. Tu zaczyna się osobista Księga Wyjścia znana pod łacińską nazwą jako „Exodus”. Stąd EXO.

EXPEXO. W takim wyrazie zacząłem ujmować pewną metodę życia duchowego. Wyprawa jako wyjście poza strefę wygody, przyjemności i pozornego bezpieczeństwa po to, żeby pozwolić Bogu prowadzić się od niewoli do czegoś, czego nie znam, czego jednocześnie pragnę, co jest dobrą, pełną światła tajemnicą.

EXPEXO w takich warunkach społecznych, jakie są

Życie w zakonie obecnie wydaje się w gruncie rzeczy nie dostarczać zbyt oczywistych okazji do takiej drogi. W życiu zakonnym bardzo istotnym czynnikiem jest posłuszeństwo – jedzie się tam, gdzie przełożeni zadecydują i robi się to, co zostanie komuś zlecone. Nie mamy tak naprawdę wielu misji, w których, jak niegdyś bywało, misjonarze musieli być specjalistami od surwiwalu. Kiedyś musieli przetrwać w buszu, znajdować zdatną do picia wodę, nocować byle gdzie, polować, unikać węży i robali, zbierać rośliny, leczyć siebie i innych. Musieli decydować – w lewo czy w prawo, do którego z plemion, uciekać czy zostać, szkoła czy szpital? Dzisiaj przyjeżdżam do placówek, gdzie czeka na mnie pokój, jedzenie i dużo pracy. W takich warunkach wyjątkowo łatwo jest stać się mentalnym niewolnikiem, człowiekiem, który wyłącznie wykonuje polecenia innych, robi to, co konieczne, co ma zapisane w „Dyspozycjach” na dany rok, a w wolnych chwilach zaszywa się w swoich kryjówkach.

Oni musieli decydować. Ja… mogę. W każdej sytuacji mogę decydować o celach, którym służę i o sposobach. Także wtedy, gdy ze względów moralnych nie mam możliwości dowolnego wyboru celu (np. jestem już kapłanem, podjąłem jakieś zobowiązanie, dałem słowo itp.). Sam mogę wtedy wybierać sposób, w jaki będę realizować te cele. Ten, kto z pełną świadomością zgadza się na służbę innym i jest w tym twórczy, nie jest już niewolnikiem. Poza tym to ode mnie zależy, czy podejmę swoje wyprawy, czy będę siedział w moich kryjówkach. Cokolwiek to znaczy w różnych sytuacjach, zawsze wybieram między zaradnością a bezradnością. Mogę dbać o swoją kondycję duchową, robiąc mały krok w kierunku Ziemi Obiecanej, choć pozostanie w Egipcie wydaje się często znacznie wygodniejsze.

Można pytać, czy nie ma pewnej romantycznej przesady w zestawieniu sytuacji współczesnego człowieka z sytuacją żydowskiego niewolnika w starożytnym Egipcie. To jest, myślę, bardzo ważny moment. Sama nazwa EXPEXO powstała w zeszłym roku, kiedy rozmawiając z Petrosem i Natalią, zaprzyjaźnionymi anarchistami, wykłócając się o setki spornych spraw, zrozumiałem, jak bardzo pobożność nie znosi odrywania od spraw społecznych. Każdy system społeczny kształtuje jakoś myślenie ludzi. Może zarówno urabiać pewien sposób myślenia, jak i wywoływać jakieś sprzeciwy. Systemy akceptujące niewolnictwo będą znieczulały zarówno panów jak i niewolników na prawdę dotyczącą tego, że każdy człowiek ma swoją godność, której nie wolno dusić, nie pozwalając mu podejmować własnych decyzji. To już nie jest sprawa czysto społeczna, ale i duchowa, zwłaszcza w kontekście chrześcijaństwa.

Sam dorastałem, nie widząc zależności sfery duchowej i społecznej. Wychowując się w latach 80. zarejestrowałem, że Kościół zajmował się takimi kwestiami społecznymi, jak wolność religijna i aborcja. Duchowość wydawała mi się dotyczyć raczej osobistej modlitwy, unikania grzechów i ewentualnie pytania o moją drogę życiową, o tzw. powołanie. Ponad 20 lat później powrót do Polski, do Lublina, po dwóch latach pracy duszpasterskiej w Londynie, uświadomił mi związane z porządkiem społecznym wielkie różnice między zachowaniami ludzi, przede wszystkim młodych ludzi. W Anglii miałem niewielki kontakt ze studiującymi Polakami, często natomiast spotykałem młodych ludzi, którzy doświadczyli małej stabilizacji finansowej, poczuli, że jakoś sobie radzą i choć może nie zostaną rekinami wielkiego biznesu, będzie ich stać na mieszkanie, wyżywienie, transport i inne sprawy, które są uznawane za potrzebne do zachowania w życiu poczucia względnego bezpieczeństwa. W Polsce znacznie częściej spotykam osoby, które nie mają takiego poczucia, przeżywają stres związany z niepewnością co do pracy, zarobków, w konsekwencji także, słusznie czy niesłusznie, co do zasadności zakładania rodziny. Ten stres przekłada się na wątpliwości co do angażowania się w cokolwiek, co nie wydaje się im przybliżać ich do znalezienia dobrej pracy. Wyznają, bardziej lub mniej świadomie, zasadę, że wyścig szczurów, a nie solidarność jest koniecznością życiową. Są słabsi w organizowaniu się, nie zakładają zespołów, kabaretów, rzadko wyjeżdżają na wakacje „całą paczką”, mają mniej czasu dla innych. Marzą raczej o dostaniu się do jakiejś dużej instytucji, wykazaniu się i zdobyciu czegoś, co zagwarantuje zatrudnienie. Są często bardziej pracowici niż studenci mojego pokolenia, ale niekoniecznie bardziej przedsiębiorczy. Mam wrażenie, że wielu z nich chciałoby zrobić ze swoim życiem to, czego nauczyli się w szkole – wypełnić polecenia „mocodawcy”, nieważne jak byłyby abstrakcyjne i nieistotne, i dostać już nie oceny, ale coś innego, niekoniecznie pieniądze, czasem może właśnie zatrudnienie, przyjęcie na studia doktoranckie, coś, co da im poczucie bezpieczeństwa. Nie silę się na żadne uogólnienia socjologiczne, piszę tylko o moich wrażeniach, ale w młodych ludziach, w ludziach bez zawodowej stabilizacji widzę wyraźnie, bardzo wyraźnie takie poczucie życiowej niepewności, niemocy i zależności od „mocodawców”, że swobodnie można to nazwać niewolą mentalną. Znam też wiele wyjątków. Wyjątki potwierdzają regułę.

Bóg chciał od Izraelitów odwagi i zaufania w drodze do ich Ziemi Obiecanej. Wprowadzenie Bożego zamysłu wymagało nie tylko modlitw i rytuałów (na to mieli ochotę twórcy złotego cielca), ale walki, dyplomacji, handlu, budownictwa, nade wszystko trzymania się razem. Dzisiaj podobnie, EXPEXO jako wyprawa duchowa musi być odwagą przedsiębiorczości (niekoniecznie finansowej, chodzi o skuteczną realizację wszelkich znaczących przedsięwzięć). Choćby warsztaty zarządzania czasem, pielgrzymka autostopowa przez Europę, kilka innych inicjatyw w zaawansowanym przygotowaniu… Śluby ubóstwa dokładnie określają sposób życia, ale nie zwalniają z obowiązku „przed-się-brania” różnych inicjatyw, z potrzeby bycia zaradnym, twórczym i odpowiedzialnym.

Obok wiary i przedsiębiorczości jest trzecia rzecz, która decyduje o charakterze osobistej „Księgi Wyjścia”. To fakt, że przełamując osobiste ograniczenia, bezradną i niewolniczą mentalność, nie mogę być indywidualistą. „Exodus” musi prędzej czy później ogarnąć innych, moich bliskich, moich ziomków, lud Boży. Wyprawa jest coraz bardziej wyprawą z drugimi, do drugich, na rzecz drugich. System niewolniczy niszczy solidarność. Zabiera zakutym na noc w łańcuchy murzynom bębny, żeby nie mogli się porozumiewać. Swoboda seksualna – na to system zezwala. Miękkie narkotyki – spoko. System mentalnej niewoli aktywuje się na sygnał z czujnika solidarności. Kiedy zaczynamy wspólny, ambitny choć niekoniecznie komercyjny projekt, kiedy zaczynamy chodzić do dzieci na wolontariat, kiedy zakładamy amatorski zespół, kiedy mamy się zdecydować o wzięciu odpowiedzialności za drużynę harcerską. Wtedy włącza się sygnał alarmowy: „czy naprawdę chcesz zrujnować swoją przyszłość na rzeczy, które i tak nic nie znaczą w morzu potrzeb?”. Idea wyprawy, eksperymentu bardzo się wtedy przydaje. Idea Ziemi Obiecanej – wspólnej radości, pokoju wolności jest niezbędna, żeby nie wrócić do „ziemi Egiptu”. Duchowość „Exodus” ze swojej natury łączy się więc ze sprawami społecznymi.

 

Nie potrzebuję na dzisiaj dookreślania zasad. Jest dla mnie hasłem, symbolem czegoś, co pozwoliło mi kiedyś odzyskać energię po latach kryzysu. Choć jest nazwą jednego z nielicznych istniejących w rzeczywistości pojazdów międzygalaktycznych, trwającym od kilku lat eksperymentem, jest przede wszystkim zakorzeniona w katolickiej tradycji życia duchowego i podstawowe zasady tej tradycji pozostają zasadami EXPEXO.

Wpisy

Komentarze

  • B. napisał(a):

    Kilka słów komentarza…
    1. Najpierw o WOLNOŚCI – doświadczam jej na co dzień. Wierzę i wiem, że w moim życiu jest to konkretny owoc trwania w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, ale jeszcze mocniej chyba jest to owoc doświadczenia, które krótko można zawrzeć w jednym słowie z Pisma Św. “Umiłowana”. Tak! Bóg jest źródłem wszelkiego dobra we mnie, On mnie chciał powołać do istnienia i doświadcza mnie swoją miłością – delikatną, czułą i wymagającą przekraczania granic mojej “comfort zone”, mojego sekretnego planu na moje życie. Umiłowana i wolna, wolna od używek, wolna od tego, co ludzie o mnie pomyślą i powiedzą!, wolna bo potrafiąca znaleźć granice korzystania z przyjemności, które mogą uzależniać. Wolna, bo nie licząca każdej złotówki z mojej najniższej krajowej… Wolna – znająca swoją godność. Wolna i ciesząca się życiem. Wolna, bo UMIŁOWANA.
    2. Moja praca – trudna, wymagająca, przynosząca mało wymierne efekty. Praca, która jest dla mnie dużym wyzwaniem. Praca, która jest niedoceniania społecznie. Praca, która często powoduje, że wracam do domu sponiewierana fizycznie i psychicznie Praca z dziećmi, które nie miały tego doświadczenia, że są UMIŁOWANE. Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że z jednej strony całkiem dobrze sobie radzę, z drugiej, że powodem, który mnie do tej pracy przekonał, jest to moje doświadczenie miłości, której moi podopieczni nie mieli.
    3. Praca – źródło wyzwań. To właśnie przy okazji moich obowiązków zawodowych przełamałam wiele razy moje dotychczasowe granice – wspinaczka na ściance, udział w rajdach terenowych, 20 minut leżenia w zgniłych liściach i pokrzywach, polubienie mojego wyglądu, trening MMA, meczyk futbolu amerykańskiego (oczywiście w męskim wydaniu)… To tylko kilka drobnych wspomnień, niezwykle dla mnie ważnych. Tych spoza “comfort zone”, tych budujących moich chłopaków.
    4. Doświadczenie wyjścia z niewoli, wolności przez doświadczenie miłości Boga, miłości, która wymaga i stawia wyzwania – to była i jest moja droga. Bezcenna. Za wszystkie inne rzeczy mogę zapłacić kartą, mimo moich skromnych przychodów 🙂

  • Basia napisał(a):

    🙂

    Coś ode mnie to też w ramach przekraczania granic i stawiania sobie wyzwań. Nigdy jeszcze nie zamieściłam mojego komentarza 🙂

  • Perełka napisał(a):

    Super tekst! Trochę jakbym czytała swoją historię:-) Bardzo dziękuję Ojcze Drogi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *