9 kwietnia 2026 - Huzar

Grzech

Z “East of Eden”:

Kain i Abel

– Zastosuj się do historii Kaina i Abla – rzekł Samuel, Adam zaś powiedział:– Ja nie zabiłem mojego brata… – Nagle urwał i myślą cofnął się w przeszłość.– Wydaje mi się, że można to zrobić – odpowiedział Li Samuelowi. Moim zdaniem to jest najbardziej znana historia na świecie, ponieważ jest historią każdego człowieka. Uważam ją za symboliczne dzieje duszy ludzkiej. Ja w tej chwili głośno myślę, więc nie naskakujcie na mnie, panowie, jeżeli będę mówił niejasno. Największą zmorą dziecka jest obawa, że może nie być kochane, a odtrącenie jest piekłem, którego się lęka. Sądzę, że każdy na świecie w mniejszym lub większym stopniu doświadczył tego uczucia. A z odtrąceniem przychodzi gniew, z gniewem jakaś zbrodnia czy zemsta, ze zbrodnią zaś wina – i oto jest historia ludzkości. Myślę, że gdyby można odjąć człowiekowi lęk przed odtrąceniem, nie byłby tym, kim jest. Może mielibyśmy mniej szaleńców. Jestem pewny, że nie byłoby zbyt dużo więzień. Wszystko w tym tkwi – to jest zalążek, początek. Dziecko, któremu odmówiono upragnionego uczucia, kopie kota i chowa w sekrecie swoją winę; inne kradnie po to, aby pieniądze dały mu miłość; trzecie podbija świat – i wciąż mamy winę, zemstę i znowu winę. Człowiek jest jedynym stworzeniem obciążonym winą. Zaczekajcie, panowie! Dlatego uważam tę starą i straszną historię za coś tak ważnego, że jest ona wielką kartą duszy – niepojętej, odtrąconej, pełnej winy duszy ludzkiej. Pan Trask powiedział, że nie zabił swojego brata, a potem jakby coś sobie przypomniał. Nie chcę wiedzieć co, ale czy to było bardzo dalekie od sprawy Kaina i Abla? No i cóż pan myśli o mojej orientalnej gadaninie, panie Hamilton?

“Możesz”

– Mam jakby wrażenie, że już panu o tym mówiłem – ciągnął Li. A może tylko ułożyłem sobie wszystko w głowie, żeby panu opowiedzieć. Tak czy owak, to zabawna historia.– Chciałbym ją usłyszeć – odrzekł Samuel i spojrzał na Adama. – A ty nie, Adamie? Czy znowu zanurzasz się w swoją kąpiel z obłoków?– Myślałem o tym – odparł Adam. – Zabawna rzecz… ogarnia mnie jakieś podniecenie.– Świetnie. Możliwe, że to jest najlepsza ze wszystkich dobrych rzeczy, jakie mogą przydarzyć się człowiekowi. No, słuchamy twojej historii, Li. Chińczyk sięgnął ręką do szyi i uśmiechnął się.– Ciekawe, czy kiedykolwiek zdołam przywyknąć do braku warkocza. Zdaje się, że był mi bardziej potrzebny, niż przypuszczałem. No więc, ta historia. Mówiłem panu, że robię się coraz bardziej chiński. Czy pan też robi się coraz bardziej irlandzki?– To przychodzi i odchodzi – odrzekł Samuel.– Pamięta pan, jak pan nam czytał te szesnaście wersetów z czwartego rozdziału Genesis i jak o tym dyskutowaliśmy?– Jasne, że pamiętam. Ale to było już dawno temu.– Prawie dziesięć lat – przypomniał Li. – Otóż ta historia zapadła we mnie głęboko i rozważyłem ją sobie słowo po słowie. Im więcej o niej myślałem, tym wydawała mi się głębsza. A potem porównałem istniejące przekłady i okazało się, że są dosyć do siebie zbliżone. Jedno tylko miejsce mnie korciło. Według wersji króla Jakuba jest tak… To tam, gdzie Jehowa pyta Kaina, dlaczego jest gniewny. Jehowa mówi: „Azaż, jeżeli dobrze czynić będziesz, nie będziesz wywyższon? A jeżeli nie będziesz dobrze czynił, we drzwiach grzech leży; a do ciebie chuć jego będzie, a ty nad nim panować będziesz”. Uderzyło mnie to „będziesz”, bo jest w tym obietnica, że Kain zwycięży grzech. Samuel kiwnął głową.– A tymczasem jego dzieci niezupełnie to spełniły – powiedział. Li pociągnął łyk kawy.– Potem dostałem egzemplarz zatwierdzonego amerykańskiego wydania Biblii. Wtedy dopiero co się ukazało. I różniło się w tym passusie. Brzmiał on: „Masz nad nim panować”. A to jest zupełnie co innego. To nie obietnica, lecz rozkaz. Zacząłem się w tym grzebać. Zastanawiałem się, jakie też było w oryginale słowo użyte przez

oryginalnego autora, skoro mogły powstać tak bardzo odmienne tłumaczenia. Samuel oparł się dłońmi o stół i pochylił do przodu, a w oczach pojawił mu się dawny, młodzieńczy błysk.– Li! – zawołał. – Nie powiesz mi, żeś studiował hebrajski!– Zaraz panu powiem. Ale to dosyć długa historia. Pozwolicie panowie kropelkę ng-ka-pi?– Tej wódki pachnącej dobrymi zgniłymi jabłkami?– Tak. Lepiej mi się po niej mówi.– Może i mnie będzie się lepiej słuchało – odrzekł Samuel. Kiedy Li wyszedł do kuchni, Samuel zapytał:– Adamie, czyś ty o tym wiedział?– Nie. Nic mi nie mówił. A może nie słuchałem. Li wrócił z kamionkową flaszką i trzema maleńkimi czarkami z porcelany tak cienkiej i delikatnej, że prześwitywało przez nią światło.– Pici na chinsycka moda. – Nalał prawie czarnego likworu. – W tym jest dużo piołunu. Niezły trunek. Jeżeli się sporo wypije, daje mniej więcej ten sam efekt co absynt. Samuel pociągnął łyk.– Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego tamto tak cię zainteresowało rzekł.– Wydawało mi się, że człowiek, który potrafi stworzyć tak wspaniałą historię, musiał dokładnie uświadamiać sobie, co chce powiedzieć, i że nie może być niejasności w jego słowach.– Mówisz „człowiek”. Więc nie uważasz, że to jest księga boska, wypisana atramentowym palcem Boga?– Uważam, że umysł, w którym mogła się zrodzić ta historia, był przedziwnie boskim umysłem. W Chinach mieliśmy kilka takich.– Ja tylko chciałem wiedzieć – rzekł Samuel. – Jednak nie jesteś prezbiterianinem, mimo wszystko.– Mówiłem panu, że robię się coraz bardziej chiński. No, ale wracając do rzeczy. Pojechałem do San Francisco i tam odwiedziłem siedzibę naszego rodowego związku. Słyszeliście panowie o czymś takim? Większe rodziny chińskie mają ośrodki, w których każdy ich członek może otrzymać pomoc albo jej udzielić. Rodzina Li jest bardzo liczna. Opiekuje się wszystkimi swoimi. – Słyszałem o tym. – Samuel pokiwał głową.– To znaczy, że chinsycki clowiek z topolkiem lobi wojna Tong o niewolnica dziewcyna? 5– Coś w tym rodzaju.– W rzeczywistości to wygląda trochę inaczej – ciągnął Li. – Poszedłem tam, ponieważ w naszym rodzie jest sporo czcigodnych starców, którzy są wielkimi uczonymi. Mówiąc ściśle, są to myśliciele. Człowiek może spędzić wiele lat na rozmyślaniach o jednym zdaniu mędrca, którego wy nazywacie Konfucjuszem. Przypuszczałem, że znajdą się tam ludzie biegli w znaczeniu słów, którzy potrafią mnie oświecić. To są wspaniali starcy. Wypalają po południu swoje dwie fajki opium, i to im daje wytchnienie i wyostrza umysł, a potem siedzą przez całą noc i mózgi im pracują cudownie. Wydaje mi się, że chyba nikt inny nie potrafi tak dobrze używać opium. Li zwilżył sobie język czarnym trunkiem.– Przedstawiłem pokornie swój problem jednemu z owych mędrców, odczytałem mu tę opowieść i powiedziałem, com z niej zrozumiał. Następnego wieczoru zeszło się ich czterech i wezwali mnie do siebie. Dyskutowaliśmy na ten temat przez całą noc. – Roześmiał się.– To zabawne – ciągnął. – Z pewnością nie odważyłbym się opowiedzieć o tym prawie nikomu. Czy panowie możecie wyobrazić sobie czterech czcigodnych starców, z których najmłodszy przekroczył już dziewięćdziesiątkę, rozpoczynających naukę hebrajskiego? Zaangażowali sobie uczonego rabina. Zabrali się do nauki, jak gdyby byli dziećmi. Podręczniki z ćwiczeniami, gramatyka, słówka, proste zdania. Trzeba panom było widzieć hebrajskie wyrazy kaligrafowane pędzelkiem zanurzonym w chińskim tuszu! Pisanie od prawej do lewej nie sprawiało im tyle kłopotu ile wam, ponieważ my piszemy pionowo, z góry na dół. O, to byli miłośnicy doskonałości! Docierali do samego jądra sprawy.– A ty? – zapytał Samuel.– Podążałem za nimi, podziwiając piękno ich dumnych, czystych umysłów. Uczułem miłość do swojej rasy i po raz pierwszy cieszyłem się, że jestem Chińczykiem. Co dwa tygodnie jeździłem spotkać się z nimi, a tutaj, w moim pokoju, zapisywałem całe stronice. Kupiłem wszystkie znane słowniki hebrajskie. Jednakże ci starzy panowie ciągle mnie wyprzedzali. Niebawem wyprzedzili i tego naszego rabina, sprowadził więc sobie kolegę. Panie Hamilton, trzeba panu było spędzić którąś z tych nocy na dyskusjach i sporach. Te pytania, ta wnikliwość i, och, to piękne rozumowanie, cudowne rozumowanie! Po dwóch latach uznaliśmy, że możemy już przystąpić do pańskich szesnastu wersetów z czwartego rozdziału Genesis. Moi starzy panowie też uważali, że tamte słowa są bardzo doniosłe: „będziesz” czy „masz”. A oto skarb, do którego się dokopaliśmy: „Możesz”. „Możesz panować nad grzechem”. Starzy panowie uśmiechnęli się, pokiwali głowami i poczuli, że dobrze spędzili te lata. Poza tym to wyłuskało ich z chińskiej skorupy i teraz studiują grekę.– Niewiarygodna historia. – Samuel pokręcił głową. – Starałem się ją śledzić, ale może coś mi się wymknęło. Dlaczego to słowo jest takie ważne? Ręka Li drżała, kiedy napełniał delikatne czareczki. Wychylił swoją jednym haustem.– Czyż pan nie rozumie?! – zawołał. – Amerykańskie tłumaczenie nakazuje ludziom triumfować nad grzechem, a grzech można nazwać niewiedzą. Przekład króla Jakuba daje obietnicę w słowie „będziesz”, co znaczy, że ludzie z całą pewnością nad grzechem zatriumfują. Natomiast słowo hebrajskie, wyraz timszel – „możesz” – daje prawo wyboru. Kto wie, czy to nie najważniejsze słowo na świecie. Mówi ono, że droga jest otwarta. Przenosi odpowiedzialność na człowieka. Bo jeśli „możesz”, to znaczy, że również „możesz nie”. Rozumie pan?– Tak, rozumiem. Rozumiem. Ale ty przecież nie wierzysz, że to jest boski zakon. Dlaczego więc przywiązujesz do tego taką wagę?– Och! – zawołał Li. – To właśnie od dłuższego czasu chciałem panu powiedzieć. Przewidywałem nawet pańskie pytanie i jestem dobrze przygotowany. Każde dzieło pisane, które wywarło wpływ na myślenie i życie nieprzeliczonych rzesz ludzkich, jest ważne. Otóż istnieją miliony ludzi zjednoczonych w różnych sektach i kościołach, którzy wyczuwają to jak rozkaz – „masz” – i cały wysiłek skupiają na posłuszeństwie. I są także inne miliony, które czują przeznaczenie w słowie „będziesz”. Żaden ich czyn nie może zmienić tego, co się stanie. Ale „możesz”? Przecież to daje człowiekowi wielkość, czyni go równym bogom, bo w swojej słabości i brudzie, w morderstwie własnego brata ma zawsze to wielkie prawo wyboru. Może wybrać sobie własną drogę, stanąć do walki i zwyciężyć.
W głosie Li brzmiała pieśń triumfalna.– Ty w to wierzysz, Li? – odezwał się Adam.– Tak, wierzę. Wierzę. Łatwo jest przez lenistwo, przez własną słabość rzucić się w objęcia bóstwa, mówiąc: „Nie dałem rady – droga była już wytyczona”. Ale pomyślcie o chwale wyboru! To czyni człowieka człowiekiem. Kot nie ma wyboru, pszczoła musi robić miód. Nie ma w tym nic boskiego. A wiecie, panowie, tamci starcy, którzy osuwali się już łagodnie w śmierć, teraz są zbyt zaciekawieni, żeby umrzeć.– Czyżbyś chciał powiedzieć, że ci Chińczycy wierzą w Stary Testament?– zapytał Adam.– Ci starcy wierzą w historię prawdziwą i umieją się na niej poznać. Są krytykami prawdy. Wiedzą, że te szesnaście wersetów to dzieje rodzaju ludzkiego ze wszystkich epok, kultur i ras. Nie wierzą, żeby ktoś mógł napisać piętnaście i trzy czwarte wersetu prawd i skłamać jednym czasownikiem. Konfucjusz poucza ludzi, jak mają żyć, aby mieć dobre i udane życie. Ale to… to jest drabina, po której można wspiąć się do gwiazd. – Oczy Li błyszczały. – Tego nigdy niepodobna zagubić. To podcina słabość, tchórzostwo i gnuśność.– Nie pojmuję, jak mogłeś gotować, wychowywać chłopców, opiekować się mną i jeszcze mieć czas na to wszystko.– Ja też tego nie pojmuję. Ale każdego popołudnia wypalam swoje dwie fajki, ani mniej, ani więcej – tak jak ci starzy. I czuję, że jestem człowiekiem. Czuję, że człowiek to coś bardzo ważnego – może ważniejszego niż gwiazda. To nie jest teologia. Nie mam słabości do bogów. Ale mam w sobie nową miłość do tego olśniewającego narzędzia duszy ludzkiej. To rzecz cudowna i jedyna we wszechświecie. Ciągle atakowana, a nigdy niepodlegająca zniszczeniu – dlatego właśnie, że „możesz”.

Od Słowa do słowa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *